Tenisistki i tenisowe życia oczami tenisowego fanatyka
Dobra, w końcu zebrałem się w sobie, żeby usiąść przy klawiaturze i przelać część swojego mózgowego chaosu na ten cyfrowy papier. A potem, by wylać na zewnątrz trochę emocji, dzieląc się z Wami tymi dotyczącymi moich wizyt na turniejach tenisowych. I choć bywam też w Warszawie i bywałem w Ostrawie, będziemy tu krążyć głównie wokół Berlina i Nowego Jorku, gdzie tych wspomnień mam najwięcej. Na początek uprzedzam co do formy tekstu - będzie to bardziej emocjonalna opowieść niż rozsądkowa, jakie mam w zwyczaju pisać. Nie będzie to też stricte informator opisujący turnieje przez pryzmat logistyki czy liczb. Jeśli wybieracie się do Berlina, to chętnie podzielę się wskazówkami w komentarzach.
W swoim tekście natomiast chciałem skupić się na obserwacjach, które mam i dotyczą kulis WTA oraz tego, jak wygląda ten świat oczami kibica. Może Was to zachęci, a może wręcz przeciwnie, ale po cichu liczę, że poszerzy horyzonty i pomoże w decyzji czy warto zrobić krok o którym wielu z Was zapewne myśli – a mianowicie wybrać się na duży turniej tenisowy. Chciałbym też zaznaczyć, że w tym tekście znajdziecie moje prywatne odczucia. Artykuł ma w założeniu przekaz głównie pozytywny, choć pojawi się też parę lekkich szpileczek. Na tym jednak polega wolność, by dzielić się swoimi przemyśleniami, jeśli nikogo przy tym nie obrażamy. Zapraszam Was w moją osobistą podróż po świecie WTA.
Po co chcecie polecieć na turniej?
Brzmi banalnie, ale jest to coś nad czym warto się pochylić i odpowiedzieć na pytanie: po co tak naprawdę chcemy wybrać się na turniej tenisowy? Uważam, że dobrze jest dokonać głębszej analizy z samym sobą lub z bliskimi, bo powodów może być kilka. Może to być chęć zobaczenia meczu o najwyższą stawkę, przekonania się, jak to jest oglądać swoich ulubionych tenisistów na żywo, poczucia atmosfery turniejowej, zobaczenia zawodników od kulis czy zdobycia ich autografów i zdjęć. Oczywiście to nie jest tak, że jedne czynniki eliminują drugie, ale skupienie się na jednym może dać Wam więcej przyjemności niż gonienie za wszystkimi. Kilka przykładów. Jeśli chcecie zobaczyć mecz o najwyższą stawkę, to nie ma się nad czym zastanawiać – warto wybrać finał lub półfinał dużego turnieju. Zobaczycie wtedy grę z ogromną determinacją i świadomością wagi spotkania, a także niemal pełne trybuny, zatem trochę jak w telewizji. Ryzyko jest jednak takie, że nie zobaczycie swoich ulubionych zawodników, bo przecież turnieje przynoszą wiele niespodzianek. W takim czasie będziecie też czuli się jak jedna z wielu osób w tłumie. Za to przyjemność posłuchania triumfalnych wywiadów pomeczowych i oglądania radości zwycięzców z trofeum potrafi wynagrodzić wiele. Możecie też zdecydować się na pierwsze dni turnieju kiedy klimat jest spokojniejszy. Wtedy zobaczycie więcej zawodników, choć zestawienia meczowe są zazwyczaj mniej atrakcyjne. Możecie jednak poczuć, że jesteście bliżej tenisistów – dosłownie i w przenośni. Łatwiej w tych dniach o bilety w dobrych miejscach, a zawodniczki często biorą udział w treningach, co daje większe szansę na zdjęcie czy autograf. Sama obserwacja treningu jest według mnie czymś niezwykle ciekawym, bo tego nie pokaże ani telewizja, ani media. Zawodniczki są wtedy bardziej wyluzowane i naturalne, można podpatrzeć ich relacje z zespołem, etykę pracy, a także to, co lubią lub czego nie lubią w trakcie treningów i turniejowej codzienności. Niezłe pole do wyciągania wniosków i wyrabiania sobie opinii. Czasami można też zobaczyć, a nawet usłyszeć, jakie mają relacje między sobą. Osobiście zdarzało mi się zostawać na treningu zawodniczki nawet wtedy, gdy obok toczył się większy mecz – na przykład ćwierćfinałowy. Minusem było to, że nie zobaczyłem fragmentu pojedynku Eleny Rybakiny z Aryną Sabalenką, ale plusem to, że miałem okazję wymienić kilka zdań z Amandą Anisimovą. Na turniejach po prostu często działa zasada „coś za coś”.
Warto też rozważyć z kim wybieracie się na turniej, bo od tego w dużej mierze zależy przyjemność. Możecie zabrać najbliższych, których chcecie zarazić miłością do tenisa i spędzić czas z ludźmi, których kochacie. I jest to coś pięknego, co da Wam piękne chwile. Wtedy jednak może być trudniej o pełne skupienie i swobodę wyboru, bo empatia i kompromis odgrywają istotną rolę. Możecie też jechać ze znajomymi, którzy również pasjonują się tenisem, i dzielić się na bieżąco odczuciami – tutaj jednak także ważny będzie balans, by każdy był zadowolony. Trzecia opcja to samotny wilk, którą ja najczęściej wybieram. Wtedy sam decyduję ile dni spędzam na turnieju, co oglądam i jak planuję swój czas na kortach. Warto pamiętać, że czasem dzień turniejowy trwa ponad 10 godzin i to już zabawa dla wytrwałych. Tutaj też są plusy i minusy. Mimo że jestem socjoholikiem, najbardziej preferuję tę opcję. Tenis traktuję trochę jak terapię, gdzie liczę się tylko ja i mój tenisowy świat. Nawet jeśli jestem z kimś, to nie ukrywam, że moje myśli przez cały czas krążą wokół tego, kto jak się zachował, kiedy można poprosić kogoś na zdjęcie czy który mecz będzie ciekawszy, gdy kilka toczy się jednocześnie. Chcę co do decyzji być jedynym i wyłącznym szefem. Choć muszę przyznać, że obejrzenie meczu Igi ze znajomymi, którym mogłem pokazywać swoją miłość do tenisa, było dla mnie niezwykle przyjemne, to jednak na dłuższą metę czuję potrzebę spędzania tego czasu sam na sam z tenisem. A potem oczywiście przychodzi moment na nadrobienie zaległości towarzyskich z przyjaciółmi. To są właśnie czynniki, na które wcześniejsza refleksja może Wam pomóc spojrzeć, żeby zobaczyć turniej dokładnie tak, jak najbardziej byście chcieli. Nie ma tu dobrej odpowiedzi – jest tylko Wasza własna.
Jeszcze na koniec jeden pro tip. Zarówno US Open, jak i turniej w Berlinie oferują dni otwarte dla fanów. Mają one miejsce w przededniu rozpoczęcia imprezy i trwają zazwyczaj 2–3 dni. Wtedy wejście na obiekty jest darmowe i można swobodnie się po nich poruszać, poznając teren, organizację wydarzenia, pracę mediów i tym podobne. Najfajniejsze w tym są treningi zawodniczek, które podchodzą do nich niejednokrotnie na sporym luzie. To również świetna okazja, by zdobyć autograf. Trzeba jednak liczyć na odrobinę szczęścia, bo szczególnie w przypadku zawodniczek, które zaczynają grę od drugiej rundy, zdarza się, że pojawiają się dopiero w trakcie turnieju (tak było z Coco Gauff w Berlinie). Może być też trudniej znaleźć dobre miejsce lub trzeba się wykazać wyjątkową cierpliwością, jeśli chce się to zrobić podczas US Open, gdzie chętnych na spotkanie z zawodniczkami jest mnóstwo. Niemniej to bardzo ciekawe doświadczenie, a przy okazji świetna okazja, by porozmawiać z organizatorami czy mediami. Ich praca również jest fascynująca.
O zawodniczkach, czyli co jest dla mnie bardzo miłe, a o czym nie przekonasz się w tv
Podzielę się osobistą anegdotą. Moją pierwszą poważną pracą była współpraca z dentystami na płaszczyźnie marketingowej. I to dentystami o naprawdę uznanych w środowisku nazwiskach, co sprawiało, że miałem przed tym lekkie obawy. Ja, zwykły chłopak z blokowiska, który wychował się w dość trudnym środowisku – nagle miałem współpracować z bogatymi lekarzami, którzy pokończyli studia na międzynarodowych uczelniach. Był to dla mnie inny świat, ale szybko okazało się, że są to tacy sami ludzie jak ja – mają swoje problemy, słabości, umiejętności, sukcesy, ale generalnie są zwykłymi ludźmi, z którymi można normalnie porozmawiać i wcale nie są z „innego świata”. Dlaczego o tym piszę? Bo dokładnie tak samo jest z tenisistkami. One są takie jak my i tak właśnie powinniśmy to czuć, bo nie jesteśmy z automatu gorsi czy inni. To są w większości normalne, zwykłe dziewczyny, które po swojej pracy (nie tylko meczu, bo spotkanie to tylko część ich obowiązków – oprócz tego treningi, a także zobowiązania sponsorskie i medialne zajmują sporo czasu) zachowują się tak jak każdy z nas. I będąc na turnieju można to świetnie zauważyć. Tenisistki żartują między sobą, po treningu czasami niecierpliwie zerkają na telefon, gdzie pewnie chcą sprawdzić coś dla nich ważnego. Amanda Anisimova będąc w Berlinie po meczu nagrywała około 15 minut głosówkę zapewne dla kogoś bliskiego, Coco Gauff szukała spokojnego miejsca, żeby nagrać TikToka i robiła to w cieniu – co było mega słodkie, a w Nowym Jorku Danielle Collins podczas treningu co chwilę spoglądała na swojego pieska i gdy wchodzili kolejni trenujący, z dumą pytała czy chcą się z nim przywitać. Z kolei Eva Lys była zachwycona, kiedy jeden widz zrobił jej fajne zdjęcie (a może przeróbkę) i z ogromną radością, wręcz niecierpliwością mówiła, że musi je dostać AirDropem. Takich historii jest mnóstwo i wiem, że to niby oczywiste, ale mnie „jarają”. Bo będąc na turnieju widzę ich maksymalnie ludzką stronę, która wykracza poza to, co pokazują kamery. Na całe szczęście! Dziewczyny ewidentnie szukają balansu pomiędzy prywatnością a pracą, bo są świadome, że budowanie wizerunku jest elementem ich zawodu – zresztą WTA mocno na to uczula. Może przez swoje marketingowe spaczenie patrzę na to w ten sposób, ale to właśnie możliwość identyfikacji i poznania zawodniczek sprawia, że budujemy z nimi więź i bardziej im kibicujemy. A przecież to my jako kibice jesteśmy silnym motorem napędzającym rynek i zarobki, które w tenisie – co mnie bardzo cieszy – są takie same u Pań i Panów. Myślę, że obecnie na turniejach ten balans udaje się zachować na zdrowych zasadach – bez przymusu spędzania ogromnej ilości czasu z fanami, ale też bez izolowania się od kibiców i ukrywania ludzkiej strony. Oczywiście każda zawodniczka jest inna i każdą mógłbym ocenić indywidualnie, ale nie chcę tego robić, przynajmniej w kontekście skupiania się na negatywach. Mając okazję obserwować około 70–80 zawodniczek podczas treningów czy meczów, odnotowałem tylko jedną, która całkowicie odmawiała autografów i zdjęć nawet dzieciom. Przykro mi, ale była to Jelena Ostapenko. Nawet kiedy dzieci prosiły ją osobiście o podpis na piłce, przechodziła obok, uśmiechając się, robiąc swoje miny i mówiąc coś pod nosem, ale bez żadnej reakcji. Co ciekawe, podczas treningów potrafi być bardzo miła i uśmiechnięta – szczególnie dla swoich partnerek. Pozostałe zawodniczki przynajmniej starały się być uprzejme i znaleźć chwilę dla fanów, poza wyjątkowymi sytuacjami, jak przegrany mecz czy konieczność szybkiego udania się na obowiązki.
Tarcza najlepszych zawodniczek
Podobno modelki, aktorki i inne znane kobiety kojarzone z ponadprzeciętną urodą tworzą czasami coś w rodzaju tarczy, która ma na celu filtrować natłok informacji czy zaczepek, jakie je dotykają. Uważam, że to jedyna słuszna metoda i w pełni to popieram. Zaczynam się przekonywać, że taka tarcza jest potrzebna również w innych środowiskach – w tym nawet w tenisowym. I tak się dzieje, co szczególnie widać na wielkim szlemie. Najlepsze tenisistki i tenisiści są dużo trudniej dostępni i wyraźnie widać, że to świadomy krok. Często ich treningi odbywają się na kortach, gdzie nie można ich zagadać, a przemieszczają się ścieżkami zapewniającymi prywatność. Do tego słuchawki na uszach są przydatnym gadżetem. Zupełnie się nie dziwię, że to robią, bo patrząc, ilu mają fanów, brak asertywności oznaczałby, że rozdawanie podpisów zajęłoby im tyle samo czasu co mecz pierwszej rundy, a przecież nie o to chodzi. Podobno Carlos Alcaraz długo wykazywał się ogromną cierpliwością, ale w pewnym momencie – głównie za namową sztabu – znacznie odpuścił. Najbardziej popularni tenisiści są zresztą oblegani chyba jeszcze bardziej niż tenisistki. Osobiście wyróżniłbym jednak Jacka Drapera i Andrieja Rubleva, jeśli zaliczymy ich do ścisłej czołówki, bo rozdawali autografy bardzo cierpliwie. Przejdźmy jednak do tego, gdzie mam większe doświadczenia, czyli do czołówki pań. Nie jest łatwo złapać do zdjęcia Igę Świątek, Arynę Sabalenkę czy Coco Gauff. Jeszcze trudniej Naomi Osakę, a Venus Williams w USA to już w zasadzie graniczy z cudem. Trzeba być bardzo cierpliwym, bo nawet jeśli akurat mają treningi na dostępnych kortach, to zbiera się na nich mnóstwo kibiców.
Z moich obserwacji wynika, że wszystkie z nich, kiedy tylko mogą, poświęcają parę minut na pamiątkowe zdjęcia czy podpisy, ale liczba chętnych jest na tyle duża, że nie są w stanie zadowolić wszystkich. Aryna bywa może z czołówki najbardziej “fochliwa”, ale gdy ma dobry humor, potrafi zrobić świetne show dla publiki. Z kolei wokół Naomi jest jakaś wyjątkowa aura, którą trudno opisać. Akurat z nią nie udało mi się zrobić zdjęcia, ale widziałem, że jeśli uda się ją „złapać”, to również potrafi być otwarta. Niemniej u żadnej z nich nie dostrzegam złych intencji, a jedynie chęć zachowania odpowiedniego balansu pomiędzy dobrą pracą, szacunkiem dla fanów i własnym komfortem – a to ostatnie jest przecież najważniejsze.
Najsympatyczniejsze tenisistki w tourze
Nie chcę nikogo wyróżniać negatywnie, ale jest kilka nazwisk, które chciałbym wyróżnić w pozytywny sposób, bo to zawodniczki od których emanuje ogromna energia. Moją absolutną faworytką jest Camila Osorio. Jejku, jaka ta dziewczyna jest urocza! Cały czas uśmiecha się najszczerszym możliwym uśmiechem, na jej twarzy nie sposób dostrzec złości, tylko ten latynoski vibe w najpiękniejszym wydaniu. Wcale się nie dziwię, że kiedy zapytałem Victorię Azarenkę, kto jest najpozytywniejszą zawodniczką w tourze, bez wahania wskazała Camilę. Autografy rozdawała do ostatniego kibica i to jeszcze nic – z radością przytulała fanów do zdjęć, a na prośbę hiszpańskojęzycznych kibiców nagrywała krótkie filmiki z pozdrowieniami. Rozdała też wszystkie piłki i ręczniki. A wszystko to z nieustającym uśmiechem na twarzy. Naprawdę stałem się jej dużym fanem.
Bardzo pozytywnych zawodniczek jest jednak znacznie więcej. Ons Jabeur czasami sprawia wrażenie, jakby aż tłumaczyła się z tego, że akurat teraz nie zrobi zdjęcia (tak było w Berlinie, gdy kończyła trening i zaraz miała grać mecz). Podobnie Bianca Andreescu – idąc, uśmiecha się do każdego i zachowuje się bardzo naturalnie, a przy tym nie ma problemu z podpisywaniem piłek czy pozowaniem do zdjęć, nawet po przegranym meczu, co przecież jest rzadkie. Od niej również bije wielka autentyczność. Niezwykle kontaktowa jest też Gabi Dabrowski – jeśli się do niej zagada, potrafi rozgadać się na dobre. Wygląda wręcz na jedną z największych gaduł w tourze. I tak, rozumie polski, co potwierdziła wdzięcznym „proszę” na moje „dziękuję” po wspólnym zdjęciu. Do tego jest też Jessica Pegula, która kiedy wchodzi do jakiegoś pomieszczenia to na początku wchodzi jej luz i chill w najlepszym tego słowa wydaniu, a potem ona. Jest mega luźna i ma się z nią ochotę spędzić jak najwięcej czasu, choć na turniejach nie ma takiej opcji. Podobne choć może na nieco mniejszą skalę wrażenie sprawia też Katie Boulter, która do tego jest bardzo uśmiechnięta.
Dużo tenisistek ma też świetne poczucie humoru. Barbora Krejčíková z żartobliwym oburzeniem zapytała „Who is she?”, chwytając mnie za koszulkę z wizerunkiem Igi, którą miałem na sobie i z szerokim uśmiechem pouczając, że następnym razem musi być na niej ona kiedy zapytałem ją o zdjęcie. Jest też Paula Badosa, która kiedy tylko nic jej nie doskwiera, emanuje ogromną energią i widać, że naprawdę ceni kontakt z fanami. Sama potrafi zainicjować zrobienie wspólnego zdjęcia z oddali (nie selfie, które zajmuje mniej czasu), powie coś miłego czy podziękuje za wspólną fotkę. To jedna z tych dziewczyn, które lubią kamerę i kamera lubi je, ale mam wrażenie, że tak samo szczerze lubi kibiców. W duecie z Ons Jabeur potrafiły zresztą stworzyć deblową parę, którą publiczność pokochała. A no i bardzo pozytywna energia emanuje od Ivy Jovic. Z nią mam krótką historię, że stanęła koło mnie kiedy zmierzała na swój trening, a kiedy po chwili się zreflektowałem to zapytałem o zdjęcie i od razu było widać, że jest gadatliwa, choć może to pochodna amerykańskiego small talku. Szczerze żałuję, że nie rozmawiałem dłużej, a przyczyna jest dość prozaiczna. Patrząc na nią było na jakieś 80% pewien, że to Iva, ale nie czułem 100% gwarancji i nie chciałem popełnić faux pas. Niemniej zarówno wtedy, podczas treningu, jak i po nim wszystkie moje odczucia się potwierdzały. Ivie od tego czasu również będę kibicował z jeszcze ciut większą sympatią. Myślę zresztą, że będzie komu kibicować, bo utwierdziłem się w przekonaniu, że to tenisistka na top 10.
Jedna istotna rzecz, którą chciałbym podkreślić jeszcze raz, to że są to moje osobiste doświadczenia, a nie żadna reprezentatywna próba. Opinie bywają różne. Ja mam na bazie swoich doświadczeń świetne zdanie o Coco Gauff, która jest jedyną zawodniczką z największych gwiazd z którą udało mi się zamienić dwa zdania – prosząc o zdjęcie, sama podpowiedziała, gdzie lepiej stanąć, a potem pożartowaliśmy o Love Island. Była bardzo przyjazna i czułem się, jakbym rozmawiał z koleżanką. To było w Berlinie, ale już w Nowym Jorku słyszałem od kibiców mniej pochlebne opinie na temat chęci Coco do interakcji z fanami.
Z kolei u Mirry Andreevej sam widziałem dwie zupełnie różne wersje – aniołka i diabła. Podczas treningu na US Open była przesympatyczna, rzucała żartami do publiczności, a potem chętnie robiła zdjęcia – mój telefon nawet wzięła do ręki, bo układ kortu sprawiał, że tylko tak można było zrobić sensowne selfie. Za to w Berlinie po przegranym deblu miała minę po której od razu było wiadomo, że o pamiątkowym zdjęciu nie ma mowy. Zresztą już w końcówce meczu dało się to wyczuć.
Osobiście bardzo doceniam też takie zawodniczki jak Elena Rybakina czy Anna Kalinskaya u których widać, że nie do końca czują się swobodnie, pozując do zdjęć, ale mimo to robią to cierpliwie i z wyrozumiałością. To tylko potwierdza, że co człowiek, to charakter – dokładnie tak samo jak w pracy, w szkole czy na zajęciach z pilates. Najważniejsze jednak, że większość z nich emanuje pozytywną energią, jeśli tylko chcemy dostrzegać ich dobre strony.
Iga i Polki w cyklu WTA
Polskie tenisistki są naprawdę w porządku! Tę opinię mogłem sobie wyrobić nie tylko podczas turniejów zagranicznych, ale też w Warszawie. Przy żadnej z nich nie odniosłem wrażenia, że mają o sobie przesadne mniemanie czy zachowują się tak, jakby były z innego świata. To po prostu skupione na swojej pracy, spokojne dziewczyny, które chcą być traktowane normalnie.
Igaa… Nasza kochana Iga. Oczywiście, Iga jest najtrudniej dostępna dla kibiców, ale trudno się temu dziwić. Jest jedną z najlepszych i najbardziej rozpoznawalnych zawodniczek na świecie, więc naturalne jest, że wokół niej tworzy się tarcza – o czym piszę obszerniej w innym akapicie. Dlatego też najtrudniej mi powiedzieć coś więcej o Idze poza kortem, bo pola do obserwacji poprzez jej luźne rozmowy czy koleżeńskie dyskusje było mniej. Zresztą jest dziewczyną zamkniętą w sobie, która nie odczuwa potrzeby posiadania miliona kontaktów ani angażowania się w rozmowy dla samej rozmowy. To oczywiście zrozumiałe – nie każdy musi być jak Ons Jabeur czy Jessica Pegula. Na pewno zdecydowanie ze swojej perspektywy będę bronił przed stwierdzeniami, że Iga jest niemiła czy arogancka (niestety zdarzyło mi się takie pojedyncze usłyszeć). Emanuje z niej duża kultura osobista i szacunek wobec fanów, co jest bardzo przyjemne. Dalej sprawia wrażenie dobrze ułożonej dziewczyny, która po prostu jest wielką tenisistką i narodową dumą. Nie jest może tenisistką którą będę kojarzył jako jedną z tych, którym najwięcej radości przynosi kontakt z fanami czy jest dla nich najbardziej dostępna, ale stara się w miarę możliwości poświęcać dla nich czas zdając sobie sprawę jak istotne to może być dla jej miłosników.
Obserwując ją poza meczem – głównie na treningach, widać jak niezwykle profesjonalna jest Iga. W każdą piłkę wkłada 100% i na treningu sprawia wrażenie, jakby każda minuta kortu była „zapłacona” i powinna zostać należycie wykorzystana. Mały wniosek dla nas jako amatorów: jeśli wynajmujemy kort, fajnie byłoby też się trochę wypocić, zamiast gadać:) Przy tym plusem Igi jest też to, że jest bardzo otwarta na wskazówki osób ze sztabu. Możemy zarzucać jej upartość przy wprowadzaniu zmian w grę i kierować wzrok w stronę Wima, ale na treningach widać, że go słucha i stara się wdrażać porady. Obok pojawiają się też sparingpartnerzy oraz Daria i Maciek, ale oni pełnią tam raczej role drugoplanowe. Czasami miałem wrażenie, że Maciek chętniej pożartowałby jako „atmosferić” podczas treningów, ale wie, że to nie miejsce i pora. To pewnie moje prywatne odczucie.
Będąc na treningu Igi na dużym turnieju, dobrze liczyć na trochę szczęścia lub cierpliwie obserwować cały trening od początku, aby zająć dobre miejsce. Ja miałem i jedno i drugie. Przechadzając się po kortach Flushing Meadows nieco bocznymi alejkami chwilę po 12:00, aby zobaczyć skąd może wychodzić Karolina Muchova, nagle trafiłem na uliczkę prowadzącą na kort numer 4. Patrząc w prawo, zobaczyłem znajomą sylwetkę i serce zaczęło bić od razu mocniej. Okazało się, że Iga rozpoczęła trening „few minutes ago” co usłyszałem od pierwszej zapytanej osoby. Nie był nigdzie zgłoszony w planie dnia. Usiadłem więc w pierwszym rzędzie, gdzie były jeszcze wolne miejsca i z podziwem mogłem przez godzinę oglądać trening naszej Królowej. Niezwykły moment. Żyjemy w czasach, gdy możemy podziwiać z bliska prawdopodobnie najlepszą polską sportsmenkę w historii. Mega fajna sprawa.
.png)
Przyznam się teraz do czegoś o czym pewnie wielu z Was nie wie. Wcale nie czuję wielkiego patriotyzmu ani silnego związania z Polską, a co za tym idzie – nie mam wielkiej potrzeby wspierania „naszych”. Dlatego też nie czułem potrzeby przeciskania się na mecz Kamila Majchrzaka z Karenem Khachanovem, a zamiast tego oglądałem Martę Kostyuk z Zeynep Sonmez na korcie obok. Po prostu tego nie czuję, choć czapki z głów przed Kamilem za to, czego wtedy dokonał.
Nie zmienia to jednak faktu, że oglądanie meczu, gdzie gra zawodniczka mówiąca w Twoim języku, jest dodatkowym plusem. Jednym z moich najlepszych wspomnień z US Open jest szczera radość Magdaleny Fręch po wygranym meczu z Peyton Stearns, który nie był dla niej łatwy. Godne uwagi, że mogła liczyć na duży doping mimo, że grała z reprezentantką gospodarzy. Ile tam było prawdziwej, szczerej radości! Widząc ile to dla niej znaczy i jej łzy w oczach, automatycznie czułem się jakbym kroił cebulę. Widać też, że dla niej bardzo przyjemne jest wygrywać ze wsparciem swojej publiczności i jest dumna, że może dawać tyle radości tym, którzy ją wspierają. Rozdawała autografy i zdjęcia do momentu, aż kolejne zawodniczki weszły na kort i musiała go opuścić, bo ochrona zaczęła spoglądać lekko surowym wzrokiem. A wszystko to z radością, że możemy przeżywać sukces razem z nią. Widać, że Madzia wie ile kosztowało ją dojście do etapu na którym jest dzisiaj, a to, że jest doceniana, jeszcze bardziej ją napędza. Do tego jest bardzo spokojna, grzeczna i skromna. Naprawdę łatwo z nią sympatyzować!
Teraz przenosimy się na chwilę do Warszawy i 2024 roku, gdzie mieliśmy do czynienia z pewnym fenomenem sympatii. Mało kiedy zdarza się, aby ktoś tak łatwo i naturalnie zdobywał sympatię publiki jak Maja Chwalińska. Kiedy grała na kortach w Warszawie, miałem wrażenie, że wszyscy ją kochają. Kochają jej wrażliwość, naturalność i pokorę – Maja taka właśnie jest. Nie pamiętam kiedy ostatnio słyszałem, żeby ktoś tak często używał zwrotów „Pan” i „Pani”, nawet wobec osób nieco młodszych. Do tego zawsze zachowuje bardzo grzeczną formę wypowiedzi. To jedna z tych osób, których trudno nie polubić, nawet jeśli mało się odzywa. Skromność nadal jest cool.
Wracając jeszcze do Nowego Jorku, miałem szczęście po raz pierwszy z bliska obserwować dwie inne reprezentantki Polski – Magdę Linette i Lindę Klimovicovą. Magdę oglądałem podczas deblowego treningu, przez co trudniej mi powiedzieć coś więcej o jej formie w singlu, ale fakt jest taki, że była przy niej Agnieszka Radwańska, która obserwuje treningi Magdy i udziela wskazówek. Ich relacja wygląda na partnerską – Magda stara się wsłuchiwać w rady starszej koleżanki po fachu. Na treningach Magda jest skupiona, ale w moim odczuciu panuje w nich nieco większy luz i interakcja z otoczeniem niż w przypadku Igi. Oczywiście może to zależeć od formy treningu, ale chyba też od charakteru i etapu kariery. Nie chodzi mi przy tym o zaangażowanie tego Magdzie kategorycznie nie brakuje, ale o umiejętność łączenia ciężkiej pracy z uśmiechem, co zresztą obserwuję u wielu tenisistek. Po treningu Magda również bez problemu pozowała do zdjęć i rozdawała autografy wszystkim kibicom, których ponad 90% stanowili Polacy. Sprawiała wrażenie bardzo mądrej dziewczyny, świadomej swoich działań wizerunkowych i marketingowych – ja uważam, że po zakończeniu kariery mogłaby sprawdzić się w strukturach WTA. Ma w sobie coś takiego, że czuć od niej dużą klasę, ale też respekt w pozytywnym znaczeniu – jest bardzo miła i cierpliwa, a jednocześnie potrafi wykazać się asertywnością kiedy trzeba. Poznanie Poznanianki było bardzo przyjemnym doświadczeniem, a widok, jak obejmuje się ręcznikiem na wysokości barków, zostanie mi w pamięci jako jeden z symboli US Open.
Było już o bardzo przyjemnym widoku, jakim była radość Magdaleny Fręch po wygranym meczu, teraz przyszła kolej na smutniejszą stronę tenisa. Byłem również na meczu III rundy kwalifikacji z udziałem Lindy Klimovicovej, który niestety nie zakończył się happy endem. Reprezentantka Polski, mimo że na korcie zostawiła mnóstwo serca, nie spełniła swojego marzenia o pierwszym występie w turnieju głównym wielkiego szlema – zabrakło niewiele. Osobiście uważam, że Lindzie tenisowo nie brakuje niczego, aby w nim wystąpić. To zawodniczka z predyspozycjami, by w przyszłości znaleźć się w top 50 rankingu. Chyba brakuje jeszcze trochę regularności przez cały mecz i delikatnej poprawy kilku elementów. Myślę jednak, że to nastąpi, bo widać, że to ambitna zawodniczka. Dlatego obserwacja Lindy jest dla mnie trochę smutnym wspomnieniem – widać, jak bardzo jej zależało. Po raz kolejny było blisko, a to zapewne boli najbardziej. Duże uznanie dla tej młodej zawodniczki, że mimo powodów do smutku po meczu zatrzymała się przy wspierających ją kibicach, podpisując piłki czy pozując do zdjęć. Mi przyszło do głowy powiedzieć jedynie: „Linda, Australian Open będzie Twoje”, na co odpowiedziała lekkim uśmiechem. Życzę jej tego bardzo mocno, bo to fajna, pracowita dziewczyna, która zasługuje, aby w pełni doświadczyć tenisowego raju. Mam nadzieję, że niedługo wraz z Mają będą czwartą i piątą polską zawodniczką w top 100.
Na koniec jeden fajny pro tip, który naprawdę działa za granicą. Jeśli zagadacie do naszych w języku polskim, szansa na pozytywną reakcję jest znacznie większa niż przy próbie po angielsku. Zresztą to chyba normalne i dotyczy każdej tenisistki, która usłyszy swój rodzimy język – od razu widać większe otwarcie i sympatię.
Ostrzeżenie o uzależnieniu
Nie wiem jak to jest dokładnie z narkotykami, ale chyba każdy z nas ma świadomość, że wciągają i mogą realnie wpływać na budżet. Turnieje tenisowe działają w podobny sposób – mocno uzależniają. Nie nastawiałbym się na Waszym miejscu, że po jednej wizycie na turnieju od razu się “nasycicie” i nie będziecie chcieli więcej tego przeżyć. Kiedyś jeden z tenisistów – nie pamiętam który – powiedział, że wygranie turnieju jest piękne i spełnia marzenia, ale jednocześnie daje tak cudowne uczucie, że od razu chcesz więcej. Chcesz znowu przeżyć ten orgazmiczny stan. Dokładnie tak jest z wizytami na turniejach. Jeśli pojedziesz na jeden i Ci się spodoba, niewykluczone, że już na lotnisku będziesz sprawdzać bilety na kolejne, aby znów doświadczyć tego wszystkiego. Znowu mieć szansę zobaczyć na żywo Igę, przebywać kilka metrów od gwiazd, które codziennie oglądasz w telewizji albo zdobyć autograf czy zdjęcie kolejnej ulubionej tenisistki. Ja obecnie mam już zdjęcia z całym obecnym top 10 i większością top 50, ale poczucie niedosytu – że to nie wszystkie i będą pojawiać się kolejne – wciąż mnie napędza. Tenisowe turnieje uzależniają i… już planuję kolejny.Tyle!
Jeśli kochacie tenis, to zróbcie to! Spełnijcie swoje marzenia i pojedźcie na turniej, gdzie będziecie mogli zobaczyć choć kilka swoich ulubionych zawodniczek. Nie ma co ukrywać – to nie jest tania zabawa, dlatego warto potraktować taki wyjazd jak wakacje. Zresztą można to świetnie połączyć – zarówno w NYC, jak i Berlinie zaplanowałem sobie też czas na zwiedzanie miasta czy spotkania z przyjaciółmi. Nic się nie stanie, jeśli przez 2–3 dni nie będziecie oglądać tenisa, albo zaplanujecie turystykę na dni przed lub po turnieju. Chciałbym też napisać, żebyście nie bali się pytać i doświadczać. Jeśli chcecie zagadać tenisistkę o zdjęcie – po prostu zagadajcie! Okazji nie ma dużo, więc szkoda czasu na zawahanie. Najwyżej nie odpowie, a w 99% przypadków nie ma w tym żadnych złych intencji i nie robi tego personalnie. Warto też nawiązywać kontakt z organizatorami, personelem pomocniczym czy innymi kibicami. To zazwyczaj świetni ludzie, którzy mają podobną pasję jak Wy, a czasami zdradzą małe tajemnice – jak ochroniarz, który powiedział mi i paru innym, gdzie idzie Elena Rybakina, żebyśmy mogli złożyć jej życzenia urodzinowe.
Mam nadzieję, że moja opowieść o przygodach na turniejach okazała się dla Was ciekawa i być może skłoniła do przemyśleń nad wybraniem się na własny turniej tenisowy. Jeśli macie dodatkowe pytania – śmiało piszcie, a postaram się szczerze odpowiedzieć. Mimo że tekst ma już osiem stron, nie zawarłem w nim nawet połowy swoich odczuć czy przygód. Pewnie też jestem zbyt leniwy, żeby pisać kolejny, ale w komentarzach chętnie podyskutuję. A kto wie – może kiedyś spotkamy się na tenisowym szlaku? 😊
.png)
.png)
.png)
.png)
.png)
.png)
Komentarze
Prześlij komentarz